Co natura robi z naszym mózgiem?

Kontakt z naturą to nie tylko odpoczynek dla oczu. To coś, czego nasze ciało i mózg naprawdę potrzebują.

Kiedy wychodzimy z miasta, odkładamy telefon i spędzamy czas wśród drzew, gór, wody czy po prostu na świeżym powietrzu, zmienia się sposób, w jaki pracuje nasz układ nerwowy. Mniej bodźców, mniej powiadomień, ekranów, hałasu i ciągłego „muszę”. Więcej przestrzeni na oddech, ruch i zwykłe bycie.

Natura działa na nas na wielu poziomach — przez wzrok, słuch, zapach, ruch, temperaturę, światło, a nawet przez to, czym oddychamy.

Zieleń, którą widzimy wokół siebie, jest dla naszego układu nerwowego szczególnym rodzajem bodźca. Badania pokazują, że samo oglądanie zielonych przestrzeni może sprzyjać regeneracji uwagi i aktywności układu przywspółczulnego, czyli tej części autonomicznego układu nerwowego, która odpowiada m.in. za odpoczynek, regenerację i powrót organizmu ze stanu napięcia do równowagi.

Kontakt z kolorem niebieskim: z wodą, niebem czy dużą otwartą przestrzenią również wiąże się z poprawą dobrostanu psychicznego. Zielone i niebieskie przestrzenie są coraz częściej analizowane razem jako środowiska wspierające zdrowie psychiczne, redukcję stresu i regenerację poznawczą.

Między innymi dlatego tak dobrze czujemy się nad jeziorem, morzem, w górach czy w lesie. Nasz mózg dostaje zupełnie inny zestaw informacji niż ten, z którym mierzy się na co dzień. Dzięki temu po kilku godzinach w lesie czy górach można poczuć coś, czego czasami bardzo nam brakuje : „ciszę w głowie”.

Bo współczesny człowiek — również, a może zwłaszcza, dziecko — funkcjonuje w świecie ogromnej ilości bodźców.

Ekrany. Powiadomienia. Dźwięki. Reklamy. Krótkie filmy. Informacje. Szkoła. Zajęcia. Ciągłe przełączanie uwagi.

Natura nie działa w ten sposób.

Nie woła: „spójrz tutaj!”. Nie wyskakuje z powiadomieniem. Nie wymaga natychmiastowej reakcji.

Zamiast tego daje nam tzw. „miękkie bodźce” — szum liści, ruch wody, światło między drzewami, chmury, śpiew ptaków. Przyciągają uwagę, ale nie wymagają od nas ciągłego wysiłku. To jeden z mechanizmów, który może sprzyjać regeneracji zasobów uwagi.

A las ma jeszcze jedną, bardzo ciekawą właściwość.

Powietrze leśne zawiera lotne związki organiczne pochodzenia roślinnego, tzw. BVOC, w tym fitoncydy. Są to substancje uwalniane przez drzewa i inne rośliny, m.in. terpeny takie jak α-pinen czy limonen. Wdychamy je podczas spaceru, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I właśnie te związki są jednym z obszarów intensywnie badanych w kontekście tzw. kąpieli leśnych.

Badania sugerują, że ekspozycja na fitoncydy może wpływać na autonomiczny układ nerwowy i sprzyjać aktywacji układu przywspółczulnego, a także wiązać się z mniejszą aktywnością układu współczulnego odpowiedzialnego za reakcję stresową.

Co jeszcze ciekawsze — w badaniach nad ekspozycją leśną obserwowano zwiększenie aktywności komórek NK, czyli „natural killer cells”. Są to komórki naszego układu odpornościowego, które odgrywają ważną rolę w rozpoznawaniu i eliminowaniu m.in. komórek zakażonych wirusami czy nieprawidłowych komórek. Metaanaliza z 2024 roku wykazała korzystny wpływ ekspozycji na fitoncydy na aktywację NK, choć autorzy podkreślają, że potrzebujemy większej liczby dobrej jakości badań, żeby dokładnie określić skalę i trwałość tych efektów.

Czyli spacer po lesie to nie tylko „ładny widok”.

To jednocześnie ruch, światło, naturalne dźwięki, zapach, zieleń, często woda lub góry — i cały zestaw bodźców, które oddziałują na nasz mózg, układ nerwowy, hormony stresu i prawdopodobnie również układ odpornościowy.

I chyba szczególnie potrzebują tego nasze dzieci.

Dzieci, które dorastają w świecie ekranów i nieustannej stymulacji, potrzebują również przestrzeni, w której nie muszą cały czas reagować.

Czasami potrzebują po prostu iść. Patrzeć. Dotykać. Pytać. Zatrzymać się. Pobyć w ciszy.

A nawet trochę się ponudzić.

Dlatego podczas naszego niedawnego wyjazdu w góry obserwowanie mojego syna było dla mnie tak fascynujące.

Na początku marudził. „Nudno. Po co idziemy. Kiedy wracamy?”.

A potem z każdym kolejnym krokiem zaczynał coraz mniej narzekać i coraz więcej zauważać. Góry. Widoki. Kamienie. Drzewa. To, co było wokół.

Jakby jego mózg potrzebował chwili, żeby przestawić się z trybu ciągłej stymulacji na tryb obserwowania i odkrywania.

I chyba ja potrzebowałam dokładnie tego samego.

Po całym dniu w górach byłam fizycznie zmęczona, ale psychicznie miałam wrażenie, że ktoś nacisnął przycisk „reset”.

I właśnie dlatego tak bardzo lubię ten rodzaj zmęczenia.

Zmęczenie po całym dniu chodzenia, a nie po całym dniu „główkowania” i gapienia się w ekran.

Zmęczenie mięśni, a nie głowy.

Sen po świeżym powietrzu, a nie po kolejnych godzinach przed ekranem.

Dlatego czasami naprawdę nie trzeba dzieciom wymyślać kolejnej atrakcji.

Może wystarczy zabrać je do lasu. W góry. Nad wodę.

Wyłączyć telefon.

I pozwolić naturze zrobić swoje. 🌿💙⛰️

Dodaj komentarz